Alfa brat najlepszej przyjaciółki

Pobierz <Alfa brat najlepszej przyjació...> za darmo!

POBIERZ

Rozdział 3

Perspektywa Avy

Młody facet trzymał mnie za rękę w drodze do siebie. Prawie się nie odzywaliśmy. Nie mogłam przestać myśleć, że gdybyśmy zaczęli gadać, musielibyśmy jakoś ogarnąć fakt, że praktycznie nie wymieniliśmy się żadnymi osobistymi informacjami — choćby imionami.

Szczerze? Byłam już trochę przegadana. A to, że nie wymieniliśmy numerów i nawet nie ruszyliśmy tematu przynależności do watahy, zostawiało sprawę krystalicznie jasną: to nie miało być „coś” ani początek związku. Bolało mnie w środku, ale kiedy patrzyłam w jego piękne oczy i myślałam o tym, co te usta mogłyby mi zrobić, to było bardziej niż wystarczająco, żeby mnie rozproszyć.

Tak bardzo byliśmy na tej samej fali, że kiedy otworzył drzwi kartą i posłał mi czuły uśmiech, znów się całowaliśmy — nawet gdy przechodziliśmy przez próg. To miejsce wydawało się zaskakująco eleganckie jak na tak młodego chłopaka, ale tak naprawdę nie miałam głowy, żeby przyglądać się pokojowi.

Miałam rację co do jego ust. Smakowały i działały na mojej szyi i ramionach tak samo cudownie jak na brzuchu i udach. Całował mnie, ściągając z nas ubrania, zaledwie odrobinę się plącząc. I uświadomiłam sobie, że cieszę się, iż nie jest idealnie skoordynowany. Był taki śliczny — i taki młody! — że i tak byłam już wystarczająco onieśmielona.

Bardzo szybko leżeliśmy razem na czystej, białej pościeli. Jego dłonie były ciepłe i miękkie, a ja czułam się ważna, zaopiekowana, i bardziej podniecona jego ciałem, niż byłam od bardzo dawna. Prowadził mnie w górę powoli, równym, pewnym rytmem, jak po spiralnych schodach, stopień po stopniu.

Kiedy zacisnęłam się na nim, w oczach stanęły mi łzy ulgi, takie prawdziwe — jakby coś we mnie wreszcie puściło.

— Chciałem tego od… — usłyszałam, jak mruczy.

— Co? — zapytałam, niepewna, czy dobrze go dosłyszałam.

I wtedy w uszach zadźwięczał mi dźwięk noworocznych dzwonów.

— Powiedziałem: Szczęśliwego Nowego Roku, kochanie. — Zaczął tak do mnie mówić niedługo po tym, jak weszliśmy do pokoju. Nie przeszkadzało mi to. Oboje wiedzieliśmy, co ma na myśli, a i tak było to sto razy lepsze niż jakieś „bejbi” czy inne tego typu.

— Szczęśliwego Nowego Roku — odpowiedziałam.

Promienie słońca, przeciskające się przez szpary w zasłonie, obudziły mnie i na początku myślałam tylko o pulsującym bólu głowy. Mrużąc oczy, ogarnęłam wzrokiem pokój, łóżko i męskie ramię owinięte wokół mojej talii.

Leżałam, czekając, aż przyjdą wyrzuty sumienia, że spędziłam noc z facetem dziesięć lat młodszym ode mnie… ale nie przyszły. Nikomu nie zrobiłam krzywdy, a ten uroczy młody mężczyzna miał rację. Zostałam zdradzona, wmówiono mi, że jestem nic niewarta i „zużyta”.

Teraz czułam już tylko żal — a z żalem umiałam żyć i umiałam mu spojrzeć w oczy. Został mi jeszcze może jeden czy dwa koszmary do przerobienia, ale i tak czułam się o niebo lepiej, niż gdybym spędziła tę noc sama.

Wstałam z łóżka tak, żeby go nie obudzić, i zerknęłam na zegar na stoliku: ósma rano. Szybko się ubrałam, po czym bezszelestnie zamknęłam za sobą drzwi. Przez chwilę myślałam, żeby zostawić mu karteczkę, ale w jego wieku ta noc na pewno znaczyła dla niego tylko tyle, co odrobina słodkiej zabawy. Miałam ważniejsze rzeczy na głowie.

Zdążyłam na prom o dziewiątej — prostą, stalową łódź — który przewoził ludzi przez cieśninę z powrotem na Terytorium Wilkołaków. To oznaczało, że kiedy dobilibyśmy do brzegu o jedenastej, powinnam przynajmniej mieć jakiś plan, co ze sobą zrobić. Tak naprawdę musiałam ogarnąć właściwie wszystko.

Jako żona pełniącego obowiązki bety watahy byłam w pozycji, żeby powiedzieć głośno o kilku sprawach, które muszą się zmienić. W przeciwieństwie do Alfy Chrisa — dopowiedziałam w myślach, z gorzkim ukłuciem. Nasze zwyczaje tak go uwierały, że w końcu po prostu uciekł. Myślałam, że pojechał się nauczyć czegoś, co przywiezie do domu, ale teraz wiedziałam, że zrobił to dla własnego ratunku.

Znów zobaczyłam w pamięci Chrisa jako słodkiego chłopca i opłakałam go razem z całą resztą. Zew nowocześniejszego Ludzkiego Świata odciągnął go od bogatego dziedzictwa naszego terytorium — od powietrza, które pachniało wolnością, i od zasobów, tych naturalnych i tych… wykraczających poza naturę. Byłam dumna, że mogłam przyrzec ojcu i nieżyjącemu już Alfie Adamowi, że zawsze będę chronić wyspę.

Ale jak miałabym to zrobić teraz? Czy w ogóle byłabym w stanie pracować z Ethanem i Olivią? Jakie oni mieli wobec mnie plany?

Słońce stało wysoko na jasnobłękitnym niebie, kiedy dopłynęliśmy do pomostu Księżycowego Stada — wysepki technologii pośród bujnej, zielonej gęstwiny tej wyspy. Ja i tuzin innych osób na łodzi ustawiliśmy się w kolejce, żeby pokazać przedramiona strażnikom na nabrzeżu. Spojrzałam na mój świecący tatuaż z moonstone’u, a w środku poczułam znajome ugruntowanie — jakby ta drobna magia zawsze umiała postawić mnie na nogi. Atrament był wydojony z kwiatu rosnącego wyłącznie tutaj, na wyspie, i to miało znaczenie. Prawdziwe, nie do podrobienia.

Ludzie, którzy widzieli mój tatuaż, myśleli, że zrobiono go fluorescencyjną farbą. Poza nielicznymi ludzkimi partnerami, którym pozwalano znać sekrety wyspy — przynajmniej niektóre — ich gatunek nie potrafił docenić, jak mocno tatuaż rozbłyśnie przy pełni ani co runy w wzorze mówią o moich umiejętnościach. O tym, że opanowałam więź umysłu, mind-link, który spinał mnie z moimi braćmi i siostrami jak niewidzialna nić. Zresztą większość współczesnych wilkołaków, nawet w Księżycowym Stadzie, i ku zgrozie Starszyzny, i tak dziś trzyma kontakt przez smartfony.

Strażnicy skinęli, przepuszczając mnie dalej, a ja po chwili szłam już ścieżką do miasteczka, obchodząc parking. Mój dom — albo to, co nim było — był niedaleko. Przez moment wypchnęłam z głowy wszystkie zmartwienia i chłonęłam powitanie wysokich, zielonych drzew oraz falujących, niebieskawych traw, które obramowywały drogę.

Ta miękkość powietrza sprawiła, że pomyślałam o młodym mężczyźnie, którego wzięłam do łóżka zeszłej nocy, i naprawdę się uśmiechnęłam.

Postanowiłam, że najpierw pójdę do Starszych. Powinni wiedzieć, że Ethan wczoraj mnie odrzucił i zdecydował się związać z Olivią.

Telefon zawibrował. Wyjęłam go z torby i zobaczyłam SMS-a od Ethana: Plac, południe, obecność obowiązkowa — dekret Księżycowego Stada.

Parsknęłam, uświadamiając sobie, jak bardzo mnie drażni, gdy Ethan wysyła takie wiadomości. „Dekret”? On zawsze był taki… urzędniczy? Nadęty? Czy ja dopiero teraz to widzę?

Dwadzieścia minut później dotarłam na Plac; już było tam tłoczno. Ludzie popijali kawę albo herbatę, stojąc wokół paleniska w samym środku placu, które płonęło jasno nawet w tak ciepły dzień. Wzięłam kawę ze stoiska i podziękowałam młodej omedze, która tam pracowała. Wyglądała na oszołomioną tą uprzejmością, a we mnie jak zwykle zawrzał gniew na niewolnictwo omeg, które stado wciąż praktykowało.

Słońce było przyjemne, nie prażyło, a wszyscy byli ciekawi, czego Ethan chce. Kilku Wilków podeszło do mnie, pytając o wieści. Najpierw nie wiedziałam, co powiedzieć. Potem uznałam, że Ethan sam wszystko wyjaśni. A do tego czasu chłonęłam przyjazne uśmiechy i świadomość, że moje stado jednak mnie otacza opieką — nawet jeśli nie mój były mąż ani moja dawna najlepsza przyjaciółka.

Rozległ się dźwięk dzwonu i wszyscy odwrócili się w stronę okrągłego portyku ratusza. Ethan i Olivia stali tam, wyglądając dziko i królewsko, jak para z legend opowiadanych przy ognisku. I choć próbowałam ich nienawidzić, nie umiałam tak po prostu wyłączyć troski po tylu latach. Dopiero kiedy dostrzegłam obrączki na ich palcach, poczułam prawdziwą głębię zdrady. To było jak żelazny ciężar, który przygniata mi ciało, wbija mnie w ziemię.

— Księżycowe Stado! — zawołał Ethan. — Żeby jak najlepiej wam służyć jako przyszły Alfa, zerwałem więź z Avą i jestem teraz żonaty z przyszłą Luną naszego stada, Olivią!

W tłumie zapadła ogłuszona cisza. Wielu odwróciło się, żeby spojrzeć na mnie. Zachowałam kamienną twarz i uniosłam podbródek. Kubek z kawą parzył moją nagle lodowatą dłoń.

— Ale nie wyrzucimy Avy z naszego domu! — ogłosiła Olivia, a we mnie na ułamek sekundy rozbłysła nadzieja. Potem dodała: — Zawsze będzie miała miejsce w naszym gospodarstwie!

Ten iskierkowy promyk zamarzł na kość, gdy w tłumie zaczęły się podnosić gniewne pomruki. Olivia nie powiedziałaby przypadkiem takiego słowa jak „gospodarstwo”. Nie „dom”. „Gospodarstwo”. Ona nie pomyliła się ani na chwilę.

Ona i Ethan właśnie ogłaszali, że roszczą sobie do mnie prawo jako do ich domowej niewolnicy-omegi.

Poprzedni rozdział
Następny rozdział