Rozdział 1 Możesz umrzeć
1:00 w nocy, Apartament Prezydencki w Hotelu M
Ubrania były porozwalane po całym pokoju. Sukienka kobiety leżała poszarpana na strzępy, wisiała jak szmaty.
Zoey Spencer gwałtownie się ocknęła.
Czuła się jak mała łódka na wzburzonym morzu, którą miota w górę i w dół ciało mężczyzny nad nią. Panika uderzyła w jej zamglony umysł jak fala.
Nie rozumiała, co się dzieje, i przysięgłaby, że przecież uciekła.
Pamiętała, że ją odurzono. Pamiętała, jak odepchnęła tamtego obślizgłego typa i uciekła, trzymając się resztkami przytomności.
Przerażała ją myśl, że jednak znowu ją dopadli.
– Dalej taka nieobecna? – niski głos mężczyzny wyszeptał jej do ucha.
Gdy mówił, jego dłonie mocno ścisnęły jej talię, a uda napięły się, kiedy w nią wbił się od dołu.
Zoey przygryzła wargę, z gardła wyrwał jej się urwany jęk, gdy całym ciałem przebiegł dreszcz. Odruchem złączyła nogi. Ręce oplotły szyję mężczyzny, a ona bezwładnie oparła się o niego.
Henry Windsor mruknął, gdy ją poczuł, jego dłonie z głośnym klaśnięciem chwyciły ją za tyłek. Głos miał zachrypnięty:
– Krzyknij.
Zoey pokręciła głową, w oczach zaszkliły się łzy, które natychmiast je zaczerwieniły.
To tylko jeszcze bardziej go podkręciło.
Podniósł się i przycisnął Zoey pod sobą, łapiąc ją mocno za brodę. W jego oczach palił się ogień.
– Masz tupet podawać mi prochy, to lepiej bądź na to gotowa.
Umysł Zoey dalej był zamglony. Ledwo docierało do niej, że ten mężczyzna nie był tamtym tłustym oblechem.
Miał głęboko osadzone oczy, rzeźbioną twarz i szerokie barki, które zasłaniały jej cały świat. Pod obojczykiem kusiła pojedyncza pieprzykowa kropka. Pierś miał śliską od mieszaniny nieokreślonych płynów.
Najstraszniejsze było jednak jego spojrzenie – natarczywe, głodne, jakby zaraz miał ją po prostu pożreć.
Zoey spróbowała się cofnąć.
W następnej sekundzie Henry złapał ją za łydkę i ściągnął z powrotem, jego żyłkowaty penis wbił się w nią do końca.
Ciało Zoey natychmiast wygięło się w łuk. Palce u stóp jej się skurczyły, dłonie ścisnęły wilgotne prześcieradło. Zapłakała i zaczęła błagać, głos załamywał się jej w pół słowa:
– Proszę… wypuść mnie…
Im bardziej płakała, tym bardziej Henry się nakręcał. Bezlitośnie rozchylił jej nogi, tak szeroko, jak tylko się dało, żeby mógł wciskać się w nią jak najgłębiej.
Jej ciało drżało pod nieustającym ruchem, za każdym jego wyjściem kurczyło się i zaciskało na nim, jakby nie chciało go puścić.
– Mówisz „nie”, ale twoje ciało nie potrafi mnie odpuścić.
Oczy Henry’ego ściemniały z pożądania i jednym gwałtownym pchnięciem wbił się w nią do samego końca.
Zoey nie była już w stanie powstrzymywać jęków.
– Delikatniej, błagam… to boli…
Henry zacharczał śmiechem:
– Boli? Aż tak dobrze ci jest, co?
Pochylił się, zamknął ją w ciasnym uścisku, a jego biodra poruszały się coraz szybciej. Ostro słyszalne odgłosy ich ciał zderzających się o siebie odbijały się echem po pokoju.
– Czekaj, za głęboko… – Zoey nagle zaczęła się szarpać, bo w środku narastała jakaś dziwna przyjemność, doprowadzając ją do szału.
Henry, zlany potem od tego, jak ciasno go obejmowała, tylko jeszcze przyspieszył i zaczął w nią uderzać jeszcze mocniej, jakby chciał schować w niej wszystko aż po jądra.
– Czekaj, to jest jakieś… dziwne…
– Nie – uciął Henry, bez cienia litości odrzucając jej błagania, biodra poruszały się tak szybko, że zamieniały się w rozmytą smugę.
Kiedy przyjemność uderzyła jej w głowę jak prąd, Zoey krzyknęła przeciągle, niemal zalotnie, zaciskając nogi wokół jego bioder, podczas gdy całym ciałem trzęsła się nie do opanowania.
Henry ciężko dyszał, dociskając się do niej mocno przy wejściu, gdy dochodził.
Po szczytowaniu palce Zoey rozluźniły się, spojrzenie jej się rozmyło.
Henry zdjął prezerwatywę. Wciąż był twardy, ale kiedy zerknął na szafkę nocną, zobaczył, że pudełko po prezerwatywach było puste.
Zawahał się na moment.
Zoey leżąca pod nim dyszała niespokojnie, nogi miała nadal szeroko rozchylone, ciało drżało od odruchowych skurczów, jakby samo z siebie reagowało, gdy próbowała złapać oddech, a na prześcieradle widać było ślady białej wydzieliny.
Chociaż wiedział, że to tylko żel, męskość Henry’ego drgnęła i zapulsowała boleśnie.
Sekundę później Zoey poczuła nacisk przy wejściu, gdy nabrzmiała główka mężczyzny brutalnie zaczęła się w nią wciskać.
Spojrzała na niego z przerażeniem, szarpiąc się, ile tylko miała sił.
– Ani trochę więcej, ja tego nie przeżyję.
Henry chwycił jej dłonie lewą ręką, całkowicie je obejmując i przygważdżając nad jej głową. Prawą musnął jej wargi, całował ją delikatnie, z zaskakującą czułością.
– Przeżyjesz. Widzisz? Sama mnie tak ładnie wciąga.
Wbił się mocno, jego ruchy w ogóle nie pasowały do łagodnego tonu głosu.
Ból stopniowo zaczął zmieniać się w ledwie wyczuwalną rozkosz. Umysł Zoey buntował się, ale mimo to jej biodra same zaczęły szukać rytmu Henry’ego.
Długa noc dopiero się zaczynała.
O świcie Zoey obudziła się spragniona.
Podniosła się, żeby napić się wody, lecz gdy tylko stanęła, nogi się pod nią ugięły.
Czuła się, jakby przejechała po niej ciężarówka.
Kiedy Zoey chciała się ubrać, odkryła, że wszystkie jej ubrania są podarte.
Szlag ją trafił; wróciła do łóżka i z całej siły wymierzyła Henry’emu policzek.
Ale nie miała już siły, więc „policzek” wyszedł bardziej jak pieszczotliwe muśnięcie.
Sprawdziła godzinę – została jej zaledwie jedna godzina do umówionego spotkania.
Nie miała czasu na zastanawianie się. Błyskawicznie się ogarnęła, narzuciła na siebie jego szeroką marynarkę od garnituru i przewiązała ją w pasie jego paskiem. Na szczęście bielizna nadawała się jeszcze do założenia, więc nie była całkiem naga pod spodem.
Zoey wsiadła do taksówki, w kieszeni marynarki znalazła wizytówkę i obejrzała ją pod latarnią uliczną. Na kartoniku widniał napis: [Prezes Chase Corporation, Henry Windsor.]
Uznała, że trzymanie jej tylko ściągnie na nią kłopoty, więc wyrzuciła ją przez okno.
Rano pokój tonął w jasnym świetle.
Henry ponuro przyglądał się pustemu pokojowi i panującemu bałaganowi.
Przemknęło mu przez głowę, że kobieta mogła go odurzyć i uciec.
Przeszukał wszystko dookoła, znajdując jedynie marynarkę bez wizytówki w kieszeni.
Zaczął się zastanawiać, czy ukradła kartę, żeby później go nią szantażować.
Podniósł telefon i wykonał połączenie, chłodno rozkazując:
– Przywieź mi jakiś komplet ciuchów.
Dziesięć minut później jego asystent, John Smith, wszedł z markową torbą, wyraźnie podenerwowany.
– Bałem się, że będzie pan w pośpiechu, więc wziąłem garnitur z najbliższego Armaniego, mam nadzieję, że się nada.
Ubrania Henry’ego zawsze szył rodowy krawiec z najlepszych tkanin. Mógł być nieprzyzwyczajony do noszenia czegokolwiek innego.
Raz John wysłał mu na gwałt „awaryjny” garnitur na ważne spotkanie i Henry chodził przez cały dzień w wyjątkowo podłym nastroju.
Ale tym razem Henry w ogóle się tym nie przejął. W szlafroku, stukając palcem w podłokietnik sofy, powiedział tylko:
– Znajdź mi ją.
John szybko rzucił okiem na bałagan w pokoju; zrozumiawszy, co zaszło, skinął głową.
– Tak jest.
Zanim Henry się przebrał, John zdążył wrócić z dokumentami, a apartament został już posprzątany.
Henry spojrzał na zimne, urzędowe zdjęcie w aktach. W pamięci od razu stanęła mu jej rozmazana z rozkoszy twarz z poprzedniej nocy. Gardło mu się ścisnęło i odruchowo skrzyżował nogi.
Po przeczytaniu wszystkich informacji zastukał palcem w okładkę i spojrzał chłodno na Johna.
– Chcesz mi powiedzieć, że ona po prostu wyparowała?
Johna oblał zimny pot i wyjąkał:
– Wyślę więcej ludzi na poszukiwania.
Henry machnął ręką i spokojnie polecił:
– Na razie nie trzeba. Przenoszę główną siedzibę Chase Corporation tutaj.
John aż się wyrwał:
– Ale gospodarka Maple City i kontakty są dużo słabsze niż w Starlight City. Pański ojciec też chce, żeby był pan przy nim.
Henry uniósł wzrok i chłodno zapytał:
– Ty właściwie dla kogo pracujesz?
